02-06-2016 HISTORIA i SPORT, CZYLI PRZEPIS NA MĄDRĄ WYCIECZKĘ - DZIEŃ 1.


HISTORIA i SPORT, czyli przepis na mądrą wycieczkę - DZIEŃ 1.

Dnia 2 czerwca uczniowie klas szóstych wraz z wychowawczyniami wyjechali na ostatni już wspólny wypoczynek. Celem naszej wycieczki była Spała – miasto, w którym historia i sport spotykają się na każdym niemal rogu.

Pełna wspaniałych przeżyć wyprawa rozpoczęła się o 8.00 rano, kiedy to uczniowie klas 6 zgromadzili się przed szkołą i po sprawnym zapakowaniu plecaków do autokaru, żegnani przez rodziców i młodsze rodzeństwo, odjechali ku przygodzie. Nie trzeba dodawać, że humory dopisywały – wszak dwa dni laby wprawiłyby w doskonały nastrój największego nawet ponuraka. Nie minęło 1,5 godzinki, a już pukaliśmy do drzwi przytulnego pensjonatu. Serdecznie powitani przez panią recepcjonistkę zostawiliśmy bagaże, odświeżyliśmy się nieco, zabraliśmy małe plecaki z prowiantem i natychmiast wróciliśmy do autokaru, który miał nas zawieźć do Konewki, gdzie znajduje się bunkier – byłe niemieckie stanowisko dowodzenia Anlage Mitte /Obszar Środek/ z II wojny światowej dla pociągów sztabowych. Jak nas poinformował przemiły, starszy przewodnik, ten zbudowany w 1941 roku kompleks żelbetowych bunkrów miał zapewnić bezpieczeństwo niemieckim pociągom sztabowym podczas wojny ze Związkiem Radzieckim. Dowiedzieliśmy się także, że największym obiektem kompleksu jest schron kolejowy o długości 380 metrów, z torowiskiem dla pociągu i pomieszczeniami dla jego obsługi. Obecnie w bunkrze znajduje się ekspozycja militariów oraz wystawy. Nie trzeba być fanem historii, by móc zachwycić się zgromadzonymi eksponatami. 70-minutowa wizyta w Konewce minęła błyskawicznie. Na koniec mogliśmy zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia, kupić drobne pamiątki i wyjść z bunkra, w którym było zaledwie 9 stopni Celsjusza. Żegnani przez żonę pana przewodnika i częstowani przez nią cukierkami pudrowymi ruszyliśmy w stronę pensjonatu.

Przed nami było 7 kilometrów marszu, ale nikt nie narzekał, gdyż podczas wędrówki znowu było tyle śmiechów i żartów, że nikt nie zwracał uwagi na bolące stopy. Mimo wszystko z radością przyjęliśmy polecenie, żeby po powrocie do pokojów wyciągnąć się na parę minut na łóżku. Rozkaz opiekunek skwapliwie wykonaliśmy i dzięki temu w zaledwie 30 minut zregenerowaliśmy siły.

Około 12.30 wybiegliśmy przed hotel, by ruszyć na kolejną wędrówkę, i po raz pierwszy rozejrzeliśmy się po terenie ośrodka. Od razu, niestety, natrafiliśmy na poważną przeszkodę: plac zabaw. Co prawda wszyscy jesteśmy już dorośli albo prawie dorośli /szósta klasa – to zaiste poważny wiek/, ale przejść spokojnie koło huśtawki, ścianki wspinaczkowej, bujawki czy równoważni to doprawdy przerasta nasze siły. W dodatku gdy obok stoi pod parą cudowna, zielono-czerwona ciuchcia, gotowa w każdej chwili wyruszyć w siną dal i zabrać ze sobą wszystkich młodych, o bujnej wyobraźni ludzi – nie sposób nie zatrzymać się choćby na moment, nie puścić wodzy fantazji i nie poszybować na skrzydłach wyobraźni. No, ale już panie wołają – trzeba zejść na ziemię i karnie ustawić się w dwuszeregu.

Teraz swe kroki skierowaliśmy do Centralnego Ośrodka Sportu – Ośrodka Przygotowań Olimpijskich. Najpierw przeszliśmy się po Parku Pokoleń Mistrzów Sportu. Doszliśmy do wniosku, że miejsce jest doprawdy urokliwe, ale zamieszkałe przez uciążliwe towarzystwo: miliony mrówek olbrzymek, które błyskawicznie wspięły się na nasze nogi i zmusiły do poddania się i wycofania na parking. Tu pani Monika wygłosiła krótki wykład. Opowiedziała nam historię parku, po czym poprosiła, byśmy mimo wszystko przeszli się alejkami, odczytali ich nazwy oraz odnaleźli tabliczki z nazwiskami zasłużonych polskich sportowców. Zadanie – jak nigdy – wykonaliśmy w błyskawicznym tempie, pani nas odpytała i już mogliśmy pójść dalej.

Teraz panie zarządziły popas. Usiedliśmy na trybunach stadionu, rozpakowaliśmy resztki pysznych kanapek przygotowanych przez kochane mamusie i w skupieniu wysłuchaliśmy kolejnej opowieści pani Moniki, która przedstawiła historię igrzysk /od starożytności poczynając, na roku 2016 kończąc/ oraz historię ośrodka w Spale, a następnie uporządkowała naszą wiedzę na temat dyscyplin sportowych. Jak skończyliśmy jeść, mogliśmy w końcu zasypać panią Monikę pytaniami. Pani oczywiście na wszystkie bardzo cierpliwie i wyczerpująco odpowiadała, tylko się nieco denerwowała, gdy to samo pytanie padało drugi lub trzeci raz. Dlaczego? Tego nie wiemy. Przecież my jedynie sprawdzaliśmy, czy pani uważa, jakie pytania jej zadajemy.

Gdy skończył się wykład, mogliśmy trochę powariować. Wbiegliśmy na bieżnię i urządziliśmy wyścigi – ależ to wspaniałe uczucie: móc pobiec po śladach naszych największych gwiazd sportu. Potem poskakaliśmy do rowu z wodą bez wody, bo napełniany jest jedynie przed biegiem z przeszkodami. I mimo że wody nie było, to i tak bawiliśmy się fantastycznie – na dnie było takie piękne błotko, że każdy, kto nie utrzymał równowagi, przypominał świnkę – bynajmniej nie różową. Potem pobiegliśmy na skocznię. Tu pani Monika usiłowała nam przybliżyć technikę skoków w dal, ale doszliśmy do wniosku, że po jednym treningu mistrzami w skokach i tak nie zostaniemy, więc skakaliśmy jak kto potrafił – i tak bawiliśmy się wyśmienicie, bo siedzenie w piaskownicy od dzieciństwa jest naszym ulubionym zajęciem, a ta piaskownica była dla nas niemal rajem – w tak olbrzymiej w życiu nie byliśmy. Mieliśmy nawet łopatki, i to jakich rozmiarów! Chyba Waligóra się takimi bawił w dzieciństwie.

Gdy nieco za bardzo się rozbrykaliśmy, panie nakazały odwrót. Zajrzeliśmy jeszcze tylko na krytą pływalnię i do hali sportowej /w tym czasie potężnie lunęło/, w automacie dokupiliśmy napojów i ponownie wróciliśmy do pensjonatu /zupełnie susi!/.

Dwie godzinki odpoczynku /czytaj: biegania po korytarzach/ i dwie zbiorowe bury od wychowawczyń, piętnaście minut idealnej ciszy i znowu wyjście. Tym razem do parku linowego – juhu! O 17.10 byliśmy już na miejscu. Tu najpierw włożenie uprzęży i kasków, dopięcie linek, bloczków i karabinków, potem dosyć szczegółowe przeszkolenie, próbne przejście przez przeszkody na wysokości 2 metrów i już pierwsi odważni wyruszają w trasę. Po 50 minutach witamy na dole chłopców, którzy pokonali już wszystkie przeszkody. Ostatni zawodnicy zjeżdżają około 19.30 – wszyscy są szczęśliwi, nikt się nie poddał, nikogo nie musiano awaryjnie ściągać z góry. Przy tym pogoda jak marzenie. Las pięknie pachnie. Mimo zmęczenia ma się ochotę jeszcze zostać, ale wychowawczynie przypominają o kolejnej czekającej atrakcji – ognisku. Toteż porządkujemy teren, pięknie dziękujemy instruktorkom i żegnamy się z nimi.

Parę minut po 20.00 już siedzimy na ławkach wokół paleniska. Pracownik kuchni w naszym pensjonacie przygotował stół szwedzki i ułożył ognisko. Gdy wszyscy są na miejscu, podkłada ogień. W oczekiwaniu na żar, nad którym można porządnie upiec kiełbaski, bawimy się w kalambury. Pani Monika daje znać, że można już piec. Nareszcie! Nadziewamy kiełbaski na patyki i przystępujemy do ich rozkosznego podsmażania. Wokół zaczyna się unosić cudowna woń tłuszczyku i mięska. Mniam, ślinka zaczyna napływać do ust. Niektórzy chłopcy nie czekają nawet, aż kiełbaska się jako tako podgrzeje, po minucie zaczynają konsumować. Inni wkładają patyk z kiełbasą w ogień i po chwili wyciągają podłużny kawałek węgielka, głośno informując kolegów, że właśnie taka mocno podsmażona smakuje im najbardziej. Zapach jedzenia /podano jeszcze ser żółty, pomidory, różne rodzaje wędlin, chleb, masełko i herbatę z cytryną/ zwabia dzika, który niczym psiunia zaczyna prosić o jedzenie. Ponieważ wiemy, że nie należy dokarmiać dzików /takie ogłoszenia porozwieszano w całej Spale/, odganiamy natrętnego gościa.

Po pysznej kolacji czas na grę w siatkówkę i piłkę nożną. O 21.30 wychowawczynie zaganiają nas do pokojów. Tu tylko szybki prysznic i już do łóżek. Jak każe tradycja, w tym momencie rozpoczyna się odwieczna walka. Dzieciom się wydaje, że tym razem one wygrają, natomiast panie i tak wiedzą, że to ich milusińscy polegną /wcześniej czy później/ powaleni przez żelazną konsekwencję swych opiekunek i niezawodny sen. Tak też się dzieje. Dyżur na korytarzu do godziny 2.00 robi swoje: kochane dzieciątka kolejno padają ze zmęczenia /i chyba z nudów, bo żadnemu z nich nie udało się przeniknąć do cudzego pokoju/ i nawet nie wiedzą, kiedy odpływają do krainy snu. Zwyciężczynie mogą w końcu pomyśleć o sobie. Teraz i one na całe 4 godziny wskakują pod kołderkę, rozkoszując się świadomością kolejnej wygranej.

Anna Raniszewska