03-02-2017 ZIMOWE CZYTANIE Z DUCHAMI, CZYLI PASOWANIE NA CZYTELNIKA - IMPREZA POD HASŁEM W KRAINIE DOBRANOCEK


Kolejne przedszkolaki z naszej szkoły musiały przeżyć noc najróżnorodniejszych prób, by udowodnić, że już zasługują na zaszczytne miano czytelnika.

Po /niemal/ punktualnym przybyciu, rozstawieniu namiotów i przygotowaniu miejsc noclegowych, wyjęciu przytulanek i poduszeczek, po czułych pożegnaniach rodziców można było wreszcie przystąpić do losowania grup. Patrząc na przejęte miny uczestników ceremonii, odnosiło się wrażenie, że według nich jest to czynność niezwykle ważna, jakby od tego zależało powodzenie całej próby. Na szczęście wszyscy byli w wyśmienitych humorach i każdą wylosowaną barwę witali głośnymi okrzykami zachwytu.

Gdy wiadomo już było, kto z kim jest w jakiej grupie, do zabawy włączono również starsze rodzeństwo naszych maluchów, które zostało zaproszone na ‘Czytanie z duchami’, by wspierało najmłodszych i pomagało im. „Prawymi rączkami” pani wychowawczyni grupy 0B i pani bibliotekarki mianowane zostały dwie niezwykle odpowiedzialne dziewczynki z najstarszych klas: Gabrysia Kuch i Milenka Szaraniec. Obie mają gromadkę młodszego rodzeństwa, dzięki czemu przez lata opieki nad nimi nabrały bardzo ważnej umiejętności sterowania najbardziej nawet rozwrzeszczanym tłumkiem dzieciaków.

Teraz pani bibliotekarka zaczęła zapoznawać wszystkich z harmonogramem i regulaminem zabawy. Jednak gdy dzieciątka usłyszały, że pierwszą konkurencją będzie przygotowywanie kolacji, natychmiast zaczęły wymieniać się cennymi uwagami na temat co która mamusia spakowała do plecaczka z „wałówką” /to był cytat/ i jakie pyszności zamierza się z tego wyczarować. Niestety, w tym momencie na dwóch obliczach pojawiło się wielkie zakłopotanie – dwaj chłopcy zdradzili, że ich rodzice uznali, że i tak nie poradzą sobie z samodzielnym robieniem kolacji, więc dali „gotowce”. Chciałoby się zawołać: „Rodzice, więcej wiary we własne dzieci!” Szkoda, że nawet nie dali szansy. Trudno, przepadły cenne punkciki, które można było zdobyć dla swojej grupy. Ale kolacyjkę spakowaną przez mamusię i tak zjadło się ze smakiem.

Tymczasem wszyscy ci, którzy byli przygotowani na ostrą kanapkową rywalizację, przystąpili do wyczarowywania dobranockowych cudeniek. Po kilkunastu minutach można było podziwiać Bolka i Lolka /z jajek/, kotka Filemona i jego starszego kolegę Bonifacego /z serka żółtego, szczypiorku, rzodkiewek, papryki/, i oczywiście myszkę /z jajka, ogórka i szczypiorku/, Jacka i Agatkę /z tostów/, Reksia /z serdelków/ oraz… mnóstwo innych postaci, których imion pisząca te słowa nie zapamiętała, ale które maluchom podpowiedziała ich wspaniała wyobraźnia. Największe zainteresowanie koleżanek i kolegów wywołała bajkowa kolacja przygotowana przez Pawła z 2c, który najpierw pochwalił się Bolkiem i Lolkiem z jajek, potem tostowymi ludzikami, następnie płotem z parówek, który na koniec został przebudowany na tratwę, na której wszystkie wcześniej wykonane postacie bawiły się w piracką bandę. Gdy w końcu pani Beatka mówiąc „smacznego”, dała sygnał do rozpoczęcia uczty, dzieciakom zabłysły oczy: nareszcie można było schrupać kolorowe pyszności. Kto ładnie zjadł kolację, mógł poczęstować się babeczką lub kawałkiem ciasta, które w domu upiekła wraz ze swą mamą Wiktoria.

Zarządzono drzemkę pokolacyjkową. Dzieci, które do tej pory nie włożyły piżamek, pobiegły się przebrać. Po chwili wszyscy leżeli pod kocykiem. Pani bibliotekarka włączyła komputer i pokazała ciekawą stronę internetową, na której można sobie poczytać o kultowych dobranockach sprzed kilkudziesięciu lat. Potem i ona, i pani Beata opowiedziały o innych dobranockach, które zapamiętały ze swego dzieciństwa. Pani Beatka doskonale pamiętała piosenki: z bajki o Misiu Colargolu, o Piaskowym Dziadku i wiele, wiele innych /niestety, przy piosence o Misiu Uszatku pomyliła się kilka razy, ale pomógł jej Michałek i pani mogła już bez przeszkód dośpiewać ją do końca/. Dzieci były zachwycone! Niezwykle podobał im się również Krecik – maskotka Gabrysi. Pani Ania natomiast przydźwigała do szkoły kilkadziesiąt książek, których bohaterami są postacie z dobranocek. Za najpiękniejszą uważa „Różne przygody Gąski Balbinki” wydane 51 lat temu. Oczywiście musiała kilka przygód Balbinki przeczytać na głos. Gdy pani bibliotekarka prezentowała swoje książki, dzieci zaczęły wyciągać z plecaków swoje. Każde z nich chciało, by i z jego książeczki pani coś odczytała. Spełniła kilka życzeń, ale nie było możliwości, by czytać dłużej. Czas pędził, trzeba było rozegrać kolejną konkurencję.

Za momencik całe towarzystwo uzbrojone w latarki prężyło się przed biblioteką na baczność gotowe rozpocząć gonitwę ciemnymi korytarzami. Najpierw jednak dzieci bardzo pilnie wysłuchały zasad bezpieczeństwa, których musiały bezwzględnie przestrzegać, jeśli chciały się utrzymać w grze. Gdy obie panie przekonały się, że dzieci zapamiętały, o co zostały poproszone, dały sygnał do rozpoczęcia biegu. Ta konkurencja polegała na znalezieniu i pozbieraniu 50 kawałków układanki. W sumie ukrytych było ich 450, ale każda drużyna zbierała tylko te, które zostały wydrukowane na wylosowanym przez nie kolorze.

No, i zaczęło się szaleństwo. Nareszcie można było pędzić szkolnym korytarzem i wrzeszczeć do woli. Nikt nie chodził za nimi i nie posykiwał: „Ciszej, trwają lekcje, nie przeszkadzajcie starszym” albo „Ciiii, zaraz pan dyrektor usłyszy”, albo „Pst, pst, dzieci, bo zaraz wrócimy do sali”. Tak więc nasi milusińscy wyganiali się i wywrzeszczeli za wszystkie czasy. No, może nie za wszystkie, ale do poniedziałku z pewnością im wystarczy.

Gdy z tryumfem wracali ze znaleziskiem do biblioteki, mieli nadzieję, że udało im się zdobyć maksymalną liczbę punktów, czyli 50. Niestety, sztuka ta nie udała się żadnej grupie, ale wyniki i tak były imponujące: każda z nich znalazła powyżej 45 kawałków puzzli. Teraz należało przystąpić do układania pięciu ilustracji, co wcale nie było łatwe, ponieważ – jak już powiedziałam – każdej grupie kilku kawałków brakowało. Potem pozostało już tylko rozpoznanie postaci i dołączenie do układanki paska z tytułem dobranocki.

Panie, przygotowując tę imprezę, ustaliły, że pasowane na czytelnika będą te dzieci, które uzbierają co najmniej 100 punktów. Gdy teraz podliczyły ostateczne wyniki, uśmiechnęły się z zadowoleniem: wszystkim maluchom się ta sztuka udała. Jedne przekroczyły wyznaczone minimum nieznacznie, inne bardzo wyraźnie, ale każde dziecko osiągnęło sukces i zasłużyło na mianowanie na czytelnika.

Znowu karnie ustawiły się na korytarzu i dumnie wypinając pierś, podchodziły do wychowawczyni, która lekko dotykając ich ramienia, wypowiadała słowa, na które z taką niecierpliwością czekały: „Mianuję cię na czytelnika”. Na zakończenie jeszcze wspaniała książeczka z dedykacją, którą oczywiście natychmiast trzeba było przeczytać albo co najmniej obejrzeć.

Gdy zaczęli schodzić się rodzice, zastali swe dzieci przebrane, spakowane i niemal w 100% gotowe do wyjścia. Jeden z rodziców spytał z niedowierzaniem: „Czy to moje dziecko? Co panie z nim zrobiły?” Rzeczywiście, niektóre dzieci uległy jakiejś nadzwyczajnej metamorfozie. W domu stękały, że nie chcą iść, że się boją, że im się nie chce, a teraz roześmiane, rozbawione, szczęśliwe.

Taka zabawa w szkole – w innych warunkach niż te, do których dzieci są na co dzień przyzwyczajone – to świetny sposób na to, by dzieci poczuły się w swym „miejscu pracy” jak w domu, czyli miejscu bardzo przyjaznym i dobrze znanym, by się pozbyły wszelkich lęków, by uznały szkołę za swój drugi prawdziwy, kochany dom.

                                                                                                                                                                                       Anna Raniszewska, Beata Gałek